14. Festiwal Fantastyki 2007 PDF Drukuj Email
czwartek, 11 marca 2010 12:32

Nidzica Non stop

Rzeczywiście Gandalf, często włócząc się po górach, oddał kiedyś przysługę orłom i wyleczył ich władcę z rany zadanej strzałą z łuku.
J.R.R. Tolkien, Hobbit, czyli tam i z powrotem, tłum. M. Skibniewska
Decyzja o wyjeździe - z przyczyn, nazwijmy to, natury prywatnej - zapadła w ostatniej chwili. Ponieważ wszelako biwakowa (czy raczej bieda-biwakowa) przeszłość jest czymś, co naznacza na całe życie, spakowanie plecaka nie trwało dłużej niż przeładowanie miotacza szturmowca Imperium. Jeszcze tylko przyjemne i odprężające dwanaście godzin korzystania z ekscytujących usług Polskich Kolei Państwowych (czy ten wymuszony sarkazm jest już - mimo przecież jeszcze chyba młodzieńczego wieku autora - oznaką starzenia się...?) - i za oknami rozlewa się ciemna zieleń warmińskich lasów. Za oknami pociągu błyskają w rytm kół obszyte zielenią, wypolerowane płyty niewielkich oczek wodnych. Będzie padać, ale jeszcze nie dziś. Pociąg staje. Nad miasteczkiem, do którego prowadziły trzy przesiadki, góruje utrzymywany chwalebnie w stanie używalności gotycki zamek. Nidzica.
Międzynarodowy Festiwal Fantastyki, organizowany pod patronatem wydawnictwa Solaris, z Wojtkiem Sedeńką i Ryśkiem Piaseckim na czele, odbywał się w Nidzicy po raz czternasty. Jak i podczas lat poprzednich, zwłaszcza ostatnich, znakiem rozpoznawczym konwentu stała się pokaźna obsada zaproszonych gości, zwłaszcza zagranicznych. Bezapelacyjną gwiazdą tegorocznego spotkania - pozostali zapewne nie obrażą się, słysząc takie stwierdzenie - była legenda światowej science fiction, Brian W. Aldiss. Mimo ośmiu krzyżyków na karku, autor pamiętnego Non stop trzyma się świetnie, a na spotkaniach z czytelnikami sypie dowcipami i ujmuje bezpośrednim zachowaniem. Ale spotkanie z nim zaplanowano na piątek. Wśród reszty zapowiedzianych na cztery dni festiwalu gości i prelegentów są między innymi Lech Jęczmyk, Marek Oramus, Maciej Parowski, Marek Baraniecki czy Marcin Wolski (i ponad dwudziestu innych pisarzy i postaci znanych w rodzimym fantastycznym fandomie). Jednak póki co mamy czwartek, 21 czerwca, godzinę czternastą - a swoje spotkanie autorskie, jako pierwszy, rozpoczyna Jarosław Grzędowicz.
Całość spotkań została przejrzyście zaplanowana (choć parę osób narzekało choćby na wczesną godzinę prelekcji Grzędowicza; ani chybi miał to być jednak strategiczny wybieg organizatorów, zamierzających w ten sposób zachęcić festiwalowiczów do wcześniejszego zjeżdżania na zamek). Zorientować się pomagała zwłaszcza gazetka festiwalowa, w której nie tylko rozpisano na godziny poszczególne spotkania autorskie i inne przygotowane atrakcje, dzięki czemu można było zaplanować sobie konwentowy dzień, ale wyrysowano nawet mapki zamku i okolic, ułatwiające orientację i ewentualny dojazd na własną rękę do miejsca zakwaterowania.
Kto nie znalazł nic dla siebie w przestronnej sali na poddaszu, gdzie przez wszystkie konwentowe długie popołudnia rozmawiano z autorami, mógł udać się do sali kinowej (w pokaźnym programie - przez wszystkie dni wyświetlono prawie dwadzieścia filmów - znalazły się między innymi Przez ciemne zwierciadło, Iluzjonista, Labirynt fauna, 300 czy Spider-Man 3). A kto i tam czuł się zagubiony, ukojenia mógł szukać w (nie, nie, nie w knajpce na parterze) księgarni, gdzie wśród fantastycznych nowości porozkładano także, chwalebnym zwyczajem z tak zwanych stoisk z „tanią książką", tytuły starsze (choć niestety nie zawsze tańsze). Wśród kilkunastu spotkań, zaplanowanych na cztery kolejne dni, każdy mógł chyba znaleźć coś dla siebie.
Przez czwartkowe popołudnie można było słuchać wspomnianego już Jarosława Grzędowicza i Mai Kossakowskiej (jego o straszno-śmiesznych baśniach i moralizatorskich bajkach z XIX wieku, jej - o zwyczajach i mitologii Jakutów). Następnie pałeczkę prelegenta przejął Jacek Komuda - a potem edytorzy i tłumacze z Niemiec, Czech i Rosji, mówiący, w chyba najciekawszym spotkaniu pierwszego dnia, o specyfice ich krajowego rynku (i problemach choćby przy tłumaczeniu Wiedźmina). Wieczór, już po przejeździe do hotelu „Kormoran" w Mierkach (pokoiki niewielkie, ale schludne, zwłaszcza łazienki wyglądały tip-top; wszystkie ewentualne niedociągnięcia wynagradzał zresztą widok z pokojowych okien na rozciągające się za balkonem wody szerokiego, ginącego w lesie poza zasięgiem wzroku jeziora), kończył się grillem i małym piwkiem, według wielu zasłużonym po dobrych kilkunastu godzinach „w trasie". Czy raczej „prawie kończył" - kiedy po ciekawej rozmowie z przedstawicielami między innymi sąsiedzkiej „Katedry" czas był już skierować zmęczone kroki do pokoju, za drzwiami domniemanej spokojnej przystani czekało już kolejne spotkanie towarzyskie, któremu ton nadawało sympatyczne młode małżeństwo redaktorsko-pisarskie Kasi i Rafała Kosików i tłumacz Andrzej Sawicki, nie bez kozery nazywany „Generałem".
Ma to niejakie znaczenie, ponieważ nazajutrz, już o godzinie 10, wspomniany Rafał Kosik miał mieć niezaplanowane spotkanie autorskie w zastępstwie Feliksa W. Kresa, który z poważnych powodów osobistych nie mógł niestety do Nidzicy dojechać. Mówiło się tam sporo o Verticalu i zaskakująco (pozytywnie) popularnym cyklu bajkowym Rafała Felix, Net i Nika, myślało jednak chyba o przeczystych krynicach warmińskich jezior i spienionych strugach zimnych, kłujących w zęby strumieni. Jak się można było wszelako dowiedzieć, Kosik planuje już następną książkę - dalej w konwencji bardziej klasycznej science fiction, jednak tym razem z akcentem na stronę sensacyjno-kryminalną fabuły.
Po kilku kolejnych spotkaniach (z niemieckim pisarzem i tłumaczem Erykiem Simonem oraz Wojtkiem Sedeńką, mówiącym o planach Solarisu, między innymi o zapowiedzianej na jesień polskiej edycji „Fantasy and Science Fiction"), rozpoczęła się długa, ponad dwugodzinna rozmowa z Brianem Aldissem, która dla wielu stanowiła ozdobnik całego festiwalu. Marek Oramus pytał, kto finansował trunki podczas pierwszego spotkania Aldissa z polskim fandomem w latach 70., kiedy to autor został zaproszony po tym, jak jego Non stop pobił u nas rekordy popularności. Pan Brian odpowiadał ze śmiechem, mówiąc o tym, jak z powodu niemożliwości wywiezienia za granicę honorarium za książkę (takie to było czasy spod znaku dewiz), nie tylko sponsorował konwent, ale i wyprawił żonę w szaloną - i w innych warunkach zapewne nierealną - wyprawę po warszawskich złotnikach i sklepach odzieżowych (dla prominentów oczywiście, inaczej mogłaby najwyżej zakupić zapas octu do 2050 roku). Zapytany o ulubionych autorów, Aldiss wspominał Tołstoja. Kiedy rozmowa zeszła na lata II wojny, można było usłyszeć o zderzeniu się kultur (Aldiss stacjonował na Dalekim Wschodzie), które później miało zapewne wpływ na jego pisarstwo, i eksperymentach armii ze środkami owadobójczymi, przez co Pan Brian do dziś ma kłopoty z nogami. Pojawiły się i aktualne polonica: okładka Solarisu do wznowień Non stopu, autorstwa Tomasza Marońskiego (który razem z Anitą Zofią Siudą miał w Nidzicy swój wernisaż, i który w soczystych barwach projektował również okładkę do także wznawianej Cieplarni), będzie zdobić także amerykańskie wydanie książki - tak spodobała się Aldissowi. Żeby ochłonąć po spotkaniu, można było posłuchać autorów i redaktora najnowszych Wizji Alternatywnych, którzy mieli prelekcję w następnej kolejności (ciekawe komentarze i uwagi formułował obecny na spotkaniu Maciej Parowski).
Sobotę otwierał zapowiadający się niezwykle ciekawie panel Marka Oramusa, podczas którego Lech Jęczmyk, Marcin Wolski, goście z zagranicy czy wspominany już Maciej Parowski mieli zastanawiać się nad tym, „Czy Europa idzie pod nóż?". „Zapowiadał się", ponieważ, goniony terminami, autor niniejszej relacji musiał w piątkowy wieczór zabierać wysłużony plecak i wsiadać do pociągu powrotnego. Za sobą zostawiał kilkanaście intensywnych godzin - i niestety opuszczone spotkania, zwłaszcza z Rafałem Nawrockim, Maciejem Parowskim, Markiem Oramusem i Lechem Jęczmykiem, które zaplanowano na niedzielę. Kiedy pociąg ruszał, znów, jak przez cały piątek, zaczynało mżyć.
O „fantastyczności" festiwalu świadczy jeszcze jeden, niedający się racjonalnie wytłumaczyć epizod. Konkurs łuczniczy wygrał mianowicie niejaki Cetnarowski, który, jeśliby się nad tym zastanowić, miał raczej zadatki na zostanie pierwszą osobą, która z łuku zdołałaby się postrzelić w klatkę piersiową. Byłabyż to fantasy w najczystszym wydaniu...?


Michał Cetnarowski (Creatio)


Czternastka

W dniach 21-24 czerwca 2007 roku w Nidzicy odbyła się XIV edycja Festiwalu Fantastyki. Jego uczestników już w centrum miasta witała Rakietowa Krowa, symbol konwentu.

Festiwal już od dziesięciu lat odbywa się w górującym nad miastem zamku krzyżackim z XIV wieku. Jak zauważył Thomas R.P. Mielke, numer obecnej edycji imprezy doskonale współgra z datowaniem zamku. Wojtek Sedeńko jednakże uspokoił wszystkich i stwierdził, że za rok nie mają zamiaru zmieniać lokalizacji na jakiś piętnastowieczny kasztel.

Niżej podpisany z przyczyn niezależnych nie był w stanie dotrzeć do Nidzicy na pierwsze punkty programu, więc ominęła go prelekcja Mai Lidii Kossakowskiej o magii ludów Syberii oraz wystąpienie Jarosława Grzędowicza na temat fantastyki grozy w Polsce.

Udało się jednak dotrzeć na spotkanie z Jackiem Komudą, który z wrodzoną swadą opowiadał o szlachcie polskiej, szczególnie w świetle swojej najnowszej książki – "Diabła Łańcuckiego". Wspomniał także o nowym projekcie, w którym na warsztat bierze wojnę polsko-szwedzką w latach 1626-27, uwieńczoną bitwą morską pod Oliwą.

Kolejnym punktem programu był panel z udziałem gości zagranicznych (na zdjęciu od lewej: Tomas Jirkovsky, Wojciech Sedeńko, Kirył Pleszkow, Erik Simon). Z dyskusji wynikło, iż w Czechach rynek fantastyczny jest w dużej mierze podobny do naszego, choć rzecz jasna nakłady są mniejsze. Choć z drugiej strony, jeśli hardcover kosztuje 15 zł, to można pozazdrościć. Sytuacja wydawnicza w Rosji również jest dosyć podobna, choć tam rodzimi pisarze potrafią osiągnąć znaczącą sprzedaż – jeśli tylko mają wyrobione nazwisko.
Odmiennie rysuje się to w Niemczech, gdzie fantastyka, szczególnie rodzima, jest literaturą drugiej, albo wręcz trzeciej kategorii. Pisarze, jeśli nawet piszą fantastykę, to się do tego nie przyznają.

Piątek miał się rozpocząć od spotkania z Feliksem W. Kresem, lecz ten z powodów osobistych nie dotarł do Nidzicy. W jego zastępstwie wystąpił początkowo zestresowany Rafał Kosik, ale z czasem radził sobie coraz lepiej. Opowiadał o swoich nawykach podczas pisania, planach wydawniczych – zarówno swoich, jak i Powergraphu, który planuje wprowadzić na rynek nowych autorów. Będą to dwie serie, jedna dla młodszych, a druga dla starszych czytelników.

Clou programu było oczywiście spotkanie z Brianem W. Aldissem, legendą science fiction. Wiekowy już pisarz trzyma się doskonale, dowcipnie i interesująco komentując bieżące wydarzenia. Wkrótce na stronach Katedry pojawi się zapis ze spotkania z brytyjskim autorem.

Po spotkaniu ustawiła się długa kolejka po autografy. Niektórzy przywieźli ze sobą nawet po kilkanaście książek. Widać, jak popularnym pisarzem w naszym kraju jest Aldiss.

Nie obyło się także bez małej autoreklamy ze strony Solarisu. Wojtek Sedeńko opowiadał o wydawnictwie i jego planach, festiwalu, księgarni, biurze podróży i polskiej edycji Fantasy & Science Fiction, która najprawdopodobniej ruszy od września tego roku. Pierwszy numer jest już gotowy od dłuższego czasu i czeka tylko, aż jego redaktor, Konrad Walewski, upora się z tłumaczeniem Crowleya.

Później autorzy publikujący w "Wizjach alternatywnych" opowiadali o swoich związkach z antologią, roli pisarza i jego spojrzeniu na własną pracę (od lewej: Maja Lidia Kossakowska, Joanna Kułakowska, Krzysztof Kochański).

Sobota rozpoczęła się od jedynego zgrzytu – przynajmniej w moim odczuciu. Prowadzony przez Marka Oramusa panel „Czy Europa idzie pod nóż?” zapowiadał się interesująco, ale niestety okazał się wyrazem ksenofobii kilku, wydałoby się uznanych autorytetów. Oramus, Jęczmyk czy Wolski zajęli się pyskówką na temat islamu, nie zważając na racjonalne argumenty np. Mielkiego, który czuł się zupełnie nie na miejscu, a w dodatku stał się obiektem niewyszukanych wycieczek osobistych. Całe szczęście znosił to ze stoickim spokojem. Przykro stwierdzić, ale jedynie goście zagraniczni prezentowali próby dyskusji na poziomie. A reszta? Cóż, straciła sporo w moich oczach.

Gdy negatywne emocje opadły, przyszła pora na spotkanie z Andrzejem Sapkowskim. W obcesowym stylu, do którego chyba już zdążyliśmy się już przyzwyczaić, opowiadał bez ogródek o różnych postaciach z fandomu, nie pomijając kolegów po piórze. Nie zabrakło za to peanów o ukochanych przez pisarza kotach. Pojawiło się też kilka niewybrednych żartów oraz deklaracji. AS stwierdził mianowicie, że nie napisze nic do czasu, aż do władzy nie dojdzie władza stawiająca na rozwój kultury. Wszystkich fanów jego twórczości jednak uspokajam – później się z tego wycofał.

Kolejnym gościem honorowym Festiwalu był Frantisek Novotny z Czech. Autor skupił się na prezentacji swojego cyklu „Walhalla”, streszczając poszczególne tomy oraz wyjaśniając inspiracje dotyczące poszczególnych pomysłów wykorzystywanych przy tworzeniu powieści.

Thomas R.P. Mielke już kolejny raz gościł w Nidzicy, więc starał się opowiedzieć słuchaczom coś nowego. Skoncentrował się na historii legendarnego przywódcy Germanów – Arminiuszu. Na tej podstawie pokazał, jak historia obrasta w niedomówienia i błędne interpretacje, a to, co przetrwało do naszych czasów w potocznej opinii, niewiele ma wspólnego z faktami.
Mielke wyjaśnił, dlaczego obecnie pisze powieści historyczne, a nie fantastyczne. Powody są dwa: po pierwsze wszystko, co by mógł wymyślić, miało już miejsce w naszej historii, a jej odkrywanie sprawia mu ogromną satysfakcję; po drugie jako pisarz fantastyczny w Niemczech mógł liczyć na pięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy, tworząc powieści historyczne osiąga nakład stu tysięcy.

Witold Jabłoński opowiadał o wierzeniach naszych przodków. Choć do obecnych czasów nie przetrwało wiele świadectw mitologii Słowian, autor starał się przedstawić co ciekawsze wyjątki. Zapowiedział także, że jego nowa książka będzie poświęcona alternatywnej rzeczywistości, w której Słowianie oparli się chrystianizacji.

W niedzielę rano przyszła pora na Marcina Przybyłka, który żywiołowo opowiadał o archetypach Junga. Choć temat to z pozoru bardziej psychologiczny niż fantastyczny, to widownia słuchała z zapartym tchem. A, jak się później okazało, nawiązania do fantastyki też się znalazły.

Równolegle otwarta była księgarnia, w której do nabycia były zarówno nowości wydawnicze, jak i wiele pozycji antykwarialnych. Jednym słowem prawdziwa gratka dla wielbicieli literatury. W księgarni odbywały się także spotkania, na przykład z Marcinem Wolskim czy Bartoszem Grykowskim (na zdjęciu, w białej marynarce). W niedzielę niezdecydowanym w wyborze pomagali Andrzej Sapkowski i Marek Oramus.

W sobotę odbyło się także wręczenie nagród Sfinks 2007. Nagrodzonych można zobaczyć tutaj.

Nagrody wręczała królowa Amidala.

Festiwal Fantastyki to jednak nie tylko prelekcje i spotkania z pisarzami. Na uczestników cały czas czekają inne atrakcje. Podczas pokazów filmowych zaprezentowano wiele głośnych i nowych tytułów, jak choćby „Labirynt fauna” czy „Iluzjonista”. Można by jeszcze długo wymieniać kolejne tytuły.


W piątek wieczór na zamkowym dziedzińcu odbył się koncert zespołu Kapela z Orliczką, który doskonale współgrał z historycznym otoczeniem. Nie była to jedyna atrakcja tego wieczora – chętni mogli wziąć udział w turnieju łuczniczym na podzamczu.
Przez cztery dni ściany zamku były ozdobione pracami Anity Zofii Siudy (http://www.anitazofia.art.pl/) i Tomasza Marońskiego (http://maronski.digart.pl/digarty) - grafików współpracujących z Solarisem. Ich grafiki cyfrowe robiły naprawdę duże wrażenie.
Odbył się także konkurs strojów fantastycznych. Startowali w nim wspomniana wcześniej królowa Amidala, dzielny kawaler maltański żywcem wzięty z okładki "Ogniem i żelazem", nieustraszony templariusz, rusińska łuczniczka, bardzo mały i nieśmiały pirat oraz gwóźdź programu - Tinky Winky.
Last but not least, jak to mawiają na Wyspach. Trzeba wspomnieć o wieczornych biesiadach. Odbywały się w różnych miejscach i z różnym menu, lecz za każdym razem uczestnictwo w nich to była czysta przyjemność. Rozmowy toczone przy grillowanym mięsie i napitkach mają swój urok, a organizatorzy zadbali, by niczego nie zabrakło (no prawie). Nie bez kozery Mielke nazywa spotkania w Nidzicy festiwalem kulinarnym.
Kameralna atmosfera festiwalu sprawia, że jest on zupełnie odmienny od większości znanych mi konwentów. Jego klimat sprzyja integracji. Jednym słowem atmosfera jest niesamowita i jeśli okoliczności pozwolą, to z pewnością wybiorę się tam za rok.

Shadowmage, Katedra

 

Międzynarodowy Festiwal Fantastyki to impreza odmienna od większości konwentów. Nie uświadczy się tam nastoletnich graczy RPG, dyskutujących z zapałem o pedekach i hapekach, średnia wieku jest zauważalnie wyższa niż na przeciętnym -konie, a program skromniejszy, co nie oznacza, że nudniejszy. Przeczytajcie plotkarską relację o tym, jak Teletubiś reklamował mundurki szkolne i z kim się całował Brian Aldiss…
Festiwal Fantastyki, odbywający się w tym roku po raz czternasty, jest konwentem dość specyficznym. Co młodsi fani pewnie by się zdziwili, widząc uczestników o średniej wieku między trzydzieści a czterdzieści lat i program bez śladu informacji o grach RPG. Festiwale są imprezami nastawionymi na literaturę i integrację fanów (jest to jeden z nielicznych konwentów, na których nie obowiązuje prohibicja), a dość wysoka cena akredytacji i brak darmowych noclegów na salach jest barierą dla większości młodszych miłośników fantastyki.

Miejscem, gdzie odbywają się Festiwale, jest piękny XIV-wieczny zamek w Nidzicy, położony na porośniętym drzewami wzgórzu. Mieści się w nim hotel, restauracja, dom kultury, bractwo rycerskie i biblioteka.
Uczestnicy otrzymali broszurkę z programem i identyfikator: okrągły znaczek do przypięcia, z namalowaną odrzutową krową, logo tegorocznego festiwalu. W informatorze i na koszulkach były zabawne rysunki: krowy cybernetyczne strzelające z wielkich giwer, krowa-rycerz, krowa-Vader walcząca z krową-karateką… Podano też godziny odjazdów pociągów do co większych miast – pomysł, który zdecydowanie wart jest rozpowszechnienia na innych konwentach.
Program, w porównaniu z innymi ogólnopolskimi konwentami, był dość skromny: jeden blok prelekcyjny, filmy wyświetlane w sali kinowej (wśród nich m.in. takie nowości, jak „Piraci z Karaibów: Na krańcu świata” czy „Labirynt Fauna”) i od czasu do czasu dodatkowe atrakcje w księgarni lub na dziedzińcu.

Pomimo tego, że Jarosława Grzędowicza wiele osób chętnie posłuchałoby nawet, gdyby omawiał książkę telefoniczną, jakiś geniusz umieścił jego prelekcję o 14.00, jako pierwszy punkt programu, przez co nie udało się jej wysłuchać wielu osobom dojeżdżającym koleją. Następna w programie była prelekcja Mai Lidii Kossakowskiej, ale ja zdążyłam dopiero na oficjalne otwarcie, które w „Galerii pod belką” (dużej, ceglanej sali na poddaszu, z oszklonym wewnętrznym krużgankiem, będącej jednocześnie salą prelekcyjną) prowadził Wojtek Sedeńko, właściciel wydawnictwa „Solaris” i organizator konwentu.
Po otwarciu wysłuchaliśmy prelekcji Jacka Komudy, bardzo ciekawie opowiadającego o postaciach i faktach, które inspirują go literacko: o Stanisławie Stadnickim, zwanym „diabłem z Łańcuta”, zajazdach szlacheckich i chłopskich, i tym, że wstrząsające opisy rzezi dokonywanych przez Kozaków, spisane przez żydowskiego kronikarza Natana Hanowera, były fikcją inspirowaną Biblią oraz kronikami rzymskimi. To znaczy, szlachtę i mieszczan istotnie mordowano, ale w sposób „zwyczajny”, bez wieszania na jelitach czy zakładania ojcom girland z główek dzieci. Jacek odpowiadał też na pytania, co sądzi o twórczości Sienkiewicza i co myśli, kiedy go do niego porównują.
Następny w programie był panel dyskusyjny pisarzy polskich, czeskich i ukraińskich, ale że nie znam tych konkretnych autorów, poszłam do sali kinowej. Mieściła się ona w podłużnej sali o witrażowych oknach i wysokim, gotyckim sklepieniu, pod którym zawieszono wycięte z brystolu sylwetki krówek konwentowych. Akurat grali „300”, więc uzupełniłam zaległości kinowe i obejrzałam przynajmniej drugą połowę tego filmu (hm… to chyba będzie „150”?…).
O 18.00 podstawiono autokary do ośrodka wypoczynkowego, w którym mieliśmy nocować. Wieziono nas przez pola i lasy, mijaliśmy tablice wskazujące drogę do różnych ośrodków wypoczynkowych, np. „Tanio i swojsko proponuje wojsko”. Nasz przy bramie miał strażnika i dumną tabliczkę „Ośrodek Kancelarii Prezesa Rady Ministrów”. Duży ośrodek, złożony z wielkiego pawilonu i szeregowych domków, położony jest nad jeziorem, nad któreym, niestety, co kilka metrów straszyły tablice surowo zabraniające kąpieli.
Po zakwaterowaniu uczestnicy zgromadzili się przy stołach ustawionych na boisku do kosza. Boisko od strony wody otoczono cienką siatką – potem w mroku zawieszały się na niej niektóre przechodzące osoby. Były kiełbaski z rusztu, tańce i niekończące się dyskusje.

O 9.15 rano załadowaliśmy się do autokarów i ruszyliśmy. Po jakimś czasie Ewa Białołęcka stwierdziła, że jedziemy dłuższą trasą, niż poprzedniego dnia, na co ja odparłam: „Mają obsuwę w programie i wożą nas w kółko, żebyśmy się nie połapali”. Obsuw nie było, ale Feliks W. Kres, który miał mieć spotkanie jako pierwszy, nie dojechał i organizatorzy wstawili na jego miejsce Rafała Kosika. Spotkanie było interesujące, Rafał opowiedział o swoich inspiracjach (pomysł na „Vertical” mu się przyśnił), o tym, że notuje sobie różne zasłyszane powiedzonka, ale też wiele sam wymyśla, bo nie chce, żeby język jego młodzieżowych bohaterów za kilka lat był przestarzały. Na pytanie, czy z góry planuje całą akcję książki, odpowiedział, że nie, bo gdyby wiedział, co będzie dalej, nie chciałoby mu się pisać.
Następną osobą w programie był nieznany mi Eric Simon, więc poszłam do księgarni konwentowej zobaczyć, jakie książki napisał. Żadnej nie znalazłam, wróciłam do sali prelekcyjnej i zaczęłam słuchać, co opowiada. Bardzo dobrze mówił po polsku, co mnie dziwiło, dopóki z jego wypowiedzi nie wynikło, że jest tłumaczem – no tak, to poniekąd wyjaśnia nieobecność jego nazwiska na okładkach… Opowiadał o niemieckim rynku fantastyki, ludzie pytali go m.in. o trudności, jakie sprawiło mu tłumaczenie książek Sapkowskiego – odpowiedział, że w jednym z tomów sagi o wiedźminie musiał stworzyć fikcyjną gwarę niemiecką, żeby oddać stylizację języka niektórych postaci.

Prezentacja wydawnictwa „Solaris” jakoś mnie nie pociągała, więc kolejną godzinę przesiedziałam na dziedzińcu, przy zatłoczonym stoliku zamkowej restauracji. Ewa Białołęcka sprzedawała własnoręcznie robione wisiorki i kolczyki w postaci miniaturowych obrazków włożonych pod szkło – tematyka różna, od fraktali, poprzez koty i obrazy Alfonsa Muchy, aż do wampirzyc. O 13.30 miało się rozpocząć spotkanie z Brianem Aldissem, ale kiedy weszłam do galerii, stwierdziłam, że nie ma w niej żadnej wentylacji (wcześniej też nie było, ale nie przebywał tam taki tłum), co mnie tak przeraziło, że udałam się do chłodnej i przewiewnej sali kinowej na film „Iluzjonista”. Kiedy się skończył, zdążyłam jeszcze na samą końcóweczkę spotkania z Aldissem i usłyszałam opowieść, jak to wdychanie oparów DDT zaszkodziło mu na nogi (dowiedzieliśmy się, że DDT powstało jako produkt uboczny prac nad jakimś gazem bojowym, a że była wojna, nikt nie zawracał sobie głowy testowaniem jego wpływu na ludzi). Przedtem pisarz opowiadał o swoich inspiracjach i przytaczał wiele anegdot, w tym – ze swojego poprzedniego pobytu w Polsce, ponad trzydzieści lat temu. Peerelowskie wydawnictwo zapłaciło mu wtedy złotówkami, których nie mógł wymienić na walutę i musiał wydać na miejscu, dzięki czemu np. postawił piwo wszystkim uczestnikom konwentu.
Po zakończeniu prelekcji ustawiła się gigantyczna kolejka po autografy: niektórzy mieli całe stosy książek, nieraz wydanych kilkadziesiąt lat temu, a Ewa Białołęcka dodatkowo swój słynny album na autografy z okładką dzieł Lenina. W przeciwieństwie do pewnych polskich pisarzy Brian Aldiss nie miał nic przeciwko złożeniu w nim swojego podpisu.

Po południu odbył się wernisaż Anity Z. Siudy i Tomasza Marońskiego – autora między innymi okładek książek „Solarisu”. Opowiadali o swoich inspiracjach (umiłowanie Beksińskiego rzucało się w oczy) i jakie są zalety grafiki komputerowej w porównaniu z tradycyjnymi technikami (nie brudzi, jest bezwonna, można poprawiać w nieskończoność). Potem w parku, pod zamkowym murem obejrzałam turniej łuczniczy. Byłam pełna podziwu – nawet Sedeńko junior, niewiele wyższy od swojego łuku, pokazał prawdziwą klasę. Zawodnicy strzelali z półobrotu (po partyjsku), co wyglądało naprawdę niesamowicie, i z przyklęku (po scytyjsku). Pierwsze miejsce zajął Michał Cetnarowski. Później wszyscy chętni mogli sobie postrzelać pod kierunkiem prowadzących konkurs: Klaudii „Foki” Heintze i Marka Michowskiego, ale ja wróciłam na zamkowy dziedziniec, gdzie rozpoczynał się występ Kapeli z Orliczką, grającej piosenki ludowe w mniej lub bardziej nowoczesnych aranżacjach. W podcieniach pod krużgankiem stał potwornie dymiący wielki ruszt, na którym opiekano różne mięsa. Była dziewiąta wieczorem, słońce dopiero zachodziło – jego zrudziały blask odświetlał zamkową wieżę, bo akurat po całym pochmurnym i deszczowym dniu niebo zupełnie się rozchmurzyło.

Panel dyskusyjny
W sobotę po dojechaniu na miejsce poszłam wysłuchać panelu „Czy Europa idzie pod nóż”, prowadzonego przez Marka Oramusa. Najpierw przytoczył statystyki o budowie meczetów w państwach Europy Zachodniej, potem o zamykaniu kościołów we Francji, a kiedy oddał głos Thomasowi Mielke, ten zaczął z innej beczki, że czemu my się tego islamu tak czepiamy. Zanosiło się na ostrą dyskusję, a że nie lubię słuchać, jak ludzie się kłócą, wybrałam się do sali kinowej na „Noc w muzeum”.
Następnie zaliczyłam spotkanie autorskie z Sapkowskim, który zachowywał się mniej więcej tak, jak zwykle, czyli burzliwie informował obecnych, że czytelnicy mogą go pocałować w d…, a krytykiem w obecnych czasach może zostać „byle zasraniec”.

Teletubiś
Oprócz tego opowiadał anegdoty o tym, który z jego kolegów po piórze gdzie i jak się upił (część widowni reagowała przypochlebnymi śmieszkami) i pouczył nas łaskawie, że jeździ na konwenty „po to, żeby zahulać” i jedyny obowiązek, jaki ma, to odbycie spotkania autorskiego w wyznaczonych godzinach, na którym to spotkaniu „odpowie na wszystkie pytania albo przynajmniej nie zwymyśla pytających”. Oczywiście nie zaniedbał też przypomnienia słuchaczom, że to ON przetarł polskim pisarzom ścieżki w wydawnictwach i to wszystko JEGO zasługa.
W godzinach poobiednich w programie figurował Krzysztof Kochański. Chciałam go posłuchać, bo parę jego utworów czytałam, ale okazało się, że mówi o grze Xyber Mech, więc po chwili wyszłam z braku zainteresowania tematem. Zajrzałam do sali kinowej, gdzie grali film „W stronę słońca”, postałam trochę na krużganku i poszłam na wykład Witolda Jabłońskiego o słowiańskiej mitologii. Nie wiem, ile w jego prelekcji było prawdy historycznej, a ile tej „mitologii”, którą wymyślono w XIX wieku, ale mówił składnie i ciekawie, więc ogólnie wrażenie było pozytywne.

Amidala rozdaje Sfinksy
Pod koniec prelekcji zaczęli się schodzić ludzie, bo w tej samej sali miało się odbyć rozdanie Sfinksów. Wojtek Sedeńko ustawił statuetki rządkiem na stole i Jabłoński zażartował, że to wszystkie dla niego. W pewnej chwili do sali wszedł ogromny, niebieski teletubiś, z neseserkiem na piwo w charakterze torebki i portretem Giertycha w okienku na brzuchu. Rozentuzjazmowani ludzie rzucili się na niego z aparatami fotograficznymi. Potem pojawiła się jeszcze Amidala. Wojtek Sedeńko rozdał specjalne odznaki-nagrody tym, którzy brali udział w dziesięciu i więcej Festiwalach, potem Amidala wyczytała nagrodzonych Sfinksami i wręczyła im dyplomy oraz statuetki. Za pisarzy zagranicznych (np. Neila Gaimana, którego „Studium w szmaragdzie” dostało nagrodę jako zagraniczne opowiadanie roku) i nieobecnych Sfinksy odbierali wydawcy lub redaktorzy pism.

Marek Michowski i inni przebierańcy
Potem gromadnie wyszliśmy na dziedziniec, gdzie miał się odbyć konkurs strojów. Pierwsze miejsce zajął teletubiś, zaprezentowany jako „nowy projekt mundurka szkolnego”, drugie – konny łucznik z Rusi Kijowskiej, czyli kobieta o pseudonimie „Chomik”, w długiej tunice i z łukiem. Była to jedna z uczestniczek turnieju łuczniczego, nagrodę dostała „za naturalność i realizm”. Moim zdaniem Amidala (trzecie miejsce) była o niebo fajniejsza, ale podobno jej kostium pochodził z wypożyczalni. Pozostali dostali wyróżnienia: Marek Michowski jako kawaler maltański, z ogromnym rapierem w jednej ręce i przetłumaczoną przez siebie książką o kawalerach maltańskich w drugiej, Sedeńko junior jako templariusz w adidasach i najmłodszy uczestnik – onieśmielony kilkuletni pirat, siłą wypychany na „estradę” przez ubawioną mamę.
Ostatni punkt sobotniego programu, czyli biesiada, odbył się w „naszym” ośrodku w ludowo stylizowanej sali jadalnej. Piwo lało się strumieniami, ale mimo różnych stopni upojenia wszyscy zachowywali się bardzo kulturalnie. Czyjeś dzieci pełzały pod stołem i atmosfera była ogólnie dość rodzinna.

W niedzielę pierwszym punktem programu, który zaliczyłam, był „Wiedźmikołaj” – niestety, okazało się, że to tylko pierwsza z dwóch części filmu, ale że znam książkę, nie byłam rozczarowana brakiem rozwiązania intrygi. Tymczasem w sali prelekcyjnej Marcin Przybyłek opowiadał o archetypach Junga. Potem zajrzałam na chwilę do księgarni, gdzie Marek Oramus polecał swoje ulubione książki, i już w zasadzie była pora się zbierać.

Achika (Esensja)

 
 

Sponsorzy

Organizatorzy

Współpraca

Patronat

ro